MIĘDZYNARODOWY ALMANACH INTERNETOWY «LITERA»
ZAPRASZA!



SPIS TREŚCI
Poezja
Proza
Dramaturgia
Publicystyka i krytyka
Muzyka
Malarstwo i grafika
Foto i video
Personalia
Wyszukiwanie
Linki
Księga gości
Kontakt

«Litera» по-русски


Vladimir Stockman
WIERSZE WYBRANE

 
  Z PAMIĘTNIKA | Wszechobecny kurz | Odchodzi jesień w Indii | My komuś tylko się snimy | A jednak najlepsze | Małpka miota się po klatce | Ja odchodziłem | Zieleni się wrzesień | Popatrz | Jesień i jezioro | Wiek aktywnego słońca | DZIEŃ ŚMIECHU | DŹWIĘK PORCELANY | STRZAŁA | PYTANIE | GÓRNE MORZE | Są dwie nazwy każdego dnia | Ja wypełnię tobą | Podwójny ranek | Nocna celesta | W niedostrzegalnych ruderach | W nocy ciemnej | SNY | DOTKNIĘCIA | ZNIENACKA | EKSPRESOWE ZDJĘCIE | FORMY GOŚCINNOŚCI | EGZAMIN


Z PAMIĘTNIKA

Pól dnia minęło. Nie skończono spraw.
Lecz lekkie kartki książek trzepotliwych
ledwie słyszalnym szmerem cichych traw
dotknęły duszę. Ale nie olśniły.

Przez pozostały z zimy w oknach kurz
Wiosna  porusza  pokój promykami.
Po co tu  przyszła zza dalekich mórz?
Po co tak głośno brzęczy strumykami?

I nadal błądzić w lochach ciemnych słów,
jak liczby wyliczając prawdy w męce,
rzemiosło tępe doskonalić znów i znów.

Marzenie puste, nieuchwytny cień -
rozłożyć sztukę po szufladkach sensu.
Ale skończona gra. I minął dzień...




*  *  *

Wszechobecny kurz pada na podłogę,
krąży nad posadzką  niczym szary śnieg.
Zasypuje kurz życie nasze srogie
jak w niemrawym śnie zwalnia czasu bieg.

Karaluch nieśmiały pozostawił ślady,
zanim noc nastąpi - zniknie cienki  trop.
Bury kocur śpi  w jaskini szuflady.
Rzuca cień na ściany światła szary snop.

Czy to sen, czy jawa? Czy to nocna mara?
Głowy kwadratowe, mętne kształty ciał...
Pod kurzem się porusza papieru czysty arkusz
Obudził się, otrząsnął, znieruchomiał... Zmarł.




*  *  *

Przychodzi jesień z Indii.
Już prawie zima mglista.
Układasz myśli w linii
ostatniego listu.

Za próżne swe cierpienia,
za swoją prawdę marną
za usprawiedliwienia -
zbawienna otchłań czarna.

I wszystko stanie w biegu
olśnieniem przed oczami -
tyś jest i płatkiem śniegu,
i wiatrem, i kwiatami...




*  *  *

My  komuś tylko się śnimy...
Ulica jak widmo ze śniegu.
Szare okruchy  zimy 
ciężko spadajś z nieba.

Gęba rdzawego wozu.
Mur, betonowe płyty...
Sto stopni gęstego mrozu
Skuły biegun ukryty.

Życie kotwicą czepną
pogrąża się w morze spokoju,
w mieszkania, gdzie cicho i ciepło,
w szklankę z mętnym napojem,

i w czarną otchłan kotłowni,
i w białą płaszczyznę papieru...
A tam - wszystko jedno. Zapomnij.
My śnimy się komuś na pewno...




*  *  *

A jednak najlepsze jest to, co przemija
Jak czas niewidocznie, jak sen niewidzialnie...
Tak w przejściu podziemnym, w którym się żyje,
Wszystko jest zgoła niepowtarzalne.

Artyści, poeci, wędrowcy, magowie,
Dźwięki niezgodnej muzyki i śpiewu...
Czy da się zatrzymać ten świat kolorowy
Na przypadkowej kartce papieru?




*  *  *

Małpka miota się po klatce
Głupi karzeł absurdalny.
Nie ma sensu w tej zagadce
W węzłu tym nierozwiązalnym.

Przez marzenia oszukany
Przez natchnienie porzucony
Patrzysz w otchłań kuli szklanej
Rozżalając się nad sobą.

Tylko w duszy - klatce ciasnej
Jak zabawka nakręcona
Skacze niedorzecznym błaznem
Twoja prawda bezsensowna.




*  *  *

Więc odchodziłem pozbierawszy  swe manatki -
głupią obrazę, smutek  niedorzeczny.
A z nieba - łzy. Przemokłem aż do nitki.
Tak szedłem,  szepcząc: "Żegnaj, żegnaj, żegnaj."

Łzy wyschły - nie da się rozpaczać długo.
Przede mną tęcza z kolorowych snów.
Twój głos powiedział: "Przestań się wygłupiać ."
I zawróciłem... Żeby odejść znów.




*  *  *

Zieleni się wrzesień.
Tylko żółta siwizna
tak widoczna w koronach...
Jesień.

Czy pamiętasz?
Bywało niegdyś, jak w święta,
jak czekałeś, że coś się wydarzy.
I zjawiała się dziwna kobieta
listopadem szeleszcząc:
Witajcie!

Nie pamiętasz.
To nigdy już nie powtórzy się.
Nie powrócą Święty Mikołaj, krasnali...
Twarz jej jasna jak sen się rozwiała,
lecz okruchy smutku zostały...




*  *  *

Popatrz: wewnątrz próżnej twej obrazy
bezgraniczna kryje się udręka.
Samotności już zmęczona ręka
dziwne demonstruje ci obrazy.

Otóż to nazywa się seansem
rozstawania z nadaremnymi darami.
Lata bezlitośnie odebrały
wszystkie twoje niespełnone szanse.

Pusto i przestronnie niby w próżni.
Krzyż i zmartwychwstanie - wszystko później.
Teraz - tylko droga, hańba , ból.

A za ścianą jak ten szczur domowy
uczeń bazgra list anonimowy
i ruletka drażni dzwonem kul...




*  *  *

Jesień i jezioro, fali wolny bieg.
Rozrzucony w polu leży rdzawy śnieg.
Szybki pasaż fletu, ostro kracze gawron...
Płynie, płynie Lete, czeka siwy Charon.




*  *  *

Wiek aktywnego słońca.
Promienie
przez niebieską szczelinę
niby strzały wbijają się w asfalt.
Chmury rosą spadają na dachy
lśniącego Miasta.

Ulicami błądzę niespiesznie.
Wiatr przenosi strzępy
spotkań daremnych, oczekiwań,
tak podobnych do siebie
nieznanych mi twarzy.

Pośród miejskiego tłumu
jestem robaczkiem małym
podobnym do makowego ziarnka,
ciągle szukam, lecz nie znajduję
wciąż zrozumienia.

Obywateli niedoli
szumnie modlą się do niesławy,
nienawiść ściskając w kieszeniach.
Nie boję się patrzeć
w szarą próżnię ich życia,
w ciemność reklam ulicznych,
w milczenie celi szpitalnych.

W Mieście jestem wędrowcem.
Obserwuję spokojnie
kolorowość pstrych pokus,
wichry pragnień tandetnych,
niedorzeczne zmory bazarne.

Tak i będę chodził do zmierzchu,
syn marnotrawny,
poddany Jej Wysokości Królowej Nocy,
w republice stałych problemów,
w Mieście zbyt zaślepionym
własnym światłem.




DZIEŃ ŚMIECHU

Wreszcie uśmiech przymierzam -
śmiechu czas już nadchodzi,
kawał prymaaprylisowy
szykuję dla moich przyjaciół.

do jak najgłębszej studni
chyba się przedostanę,
będę tam siedział i śpiewał
to co mi się podoba.

Będę śpiewał ze studni
balladę dziwnych wydarzeń,
piosenkę o kapitanie
który przespał swój statek.

Zaśpiewam na całe gardło
marsz dla idących w miejscu,
i ze studni sąsiednich
przyjaciele mi będą wtórować.

Niech roześmieją się głusi -
to naprawdę jest śmieszne:
piosenki z głębokiej studni,
piosenki z dalekich gwiazd.




DŹWIĘK PORCELANY

Dźwięk porcelany.
Jestem bardzo znużony
przez dźwięk porcelany
który daje mi spokój
i tępy jak upór optymizm.

Dźwięk porcelany
odbity od równi sufitu
od luster wyblakłych
od ścian
kropla po kropli
wbijając się w głowę
zmiesza mnie z kurzem stuletnim
żebym został nudnym i płaskim
jak kanapa dla gości
na których nikt tu nie czeka.

Dźwięk porcelany
kłamać mnie uczy
tworzyć pozór istnienia
udawać że jestem podobny
do tych co potrafią próżnią oddychać.
To jest bardzo ciekawe
lecz ja nie zazdroszczę.
Fikus chciałby odlecieć
lecz obcięto mu skrzydła
więc stał się na zawsze
takim nudnym i płaskim jak ja
który leży wciąż na kanapie
i już obojętnie słucha
jak płynie słodki niby codzienna herbata
dźwięk porcelany.




STRZAŁA

Gdzie jest strzała
co nareszcie przeszyje
tyle tysięcy tomów
książek nieprzeczytanych?

Może one są tylko iluzją
imitacją rzeczywistości
wypożyczoną mądrością?
Nocne ich kartki od dawna
tylko siebie czytają nawzajem
siebie nawzajem wciąż powtarzając.

One teraz mnie nie obchodzą.
Przelotnym spojrzeniem
inną książkę kartkuję - 
żółte liście jesienne.
Czytam znaną opowieść
dziennik zeszłego lata
kronikę wiosny
na zawsze wpisanej w pamięci.
Jednak gdzie znaleźć strzałę
co nareszcie przebije ten lód
tylu tysięcy tomów
książek nieprzeczytanych.




PYTANIE

Twarz dziecka wzruszonego tajemniczym
i nagich kobiet białe ciała
na brudnych prześcieradłach;

oczka kotek
spojrzenia których są nietrwałe,
ruchliwe, niby ognie świec w przeciągu;

majestatyczne gmachy ze stali, szkła, betonu
we wnętrzach których za ciężkimi drzwiami,
ukryli się niedostrzegalni słudzy;

zastygłe rzeki czasu, wiatr przestrzeni,
żelazo mechanizmów śpiących w nocy;
niebieskie ptaki, ziemskie żółwie;

ojca i mamę ze starego zdjęcia,
cudzą kobietę z dzieckiem jasnookim -

to wszystko widzieć, odczuć, zapamiętać,
przekształcić i odtworzyć - ruchem, dźwiękiem
lub linią na czystej kartce, płótnie,
albo przestrzeni sceny…

Czy potrafisz?




GÓRNE MORZE

Górne morze
kołysze się nad
lądem ziemskim i
lądem niebiańskim
wieczystym jak oczekiwanie

Fale przypływu niewidzialnego morza
tajnymi snami rosną w duszach
tak nieprzerwana muzyka nocy i dnia
przypomina żyjącym
czym jest marność dążenia poznać bezbrzeże
poprzez dotknięcie albo spojrzenie -
zagadką czy zwykłą cechą
jak żyć i oddychać -
nie zrozumiesz gdy nie pomyślisz o falach
górnego morza dziwnego
jak domysły ducha
ukryte przed świadomością

Lecz rozlewa się kroplami deszczu
solą śniegu pada na ziemię
wiatrem w muszlach szeleści
myśl o istnieniu
górnego morza




*  *  *

Są dwie nazwy każdego dnia
trzecią jest nieme słowo -
zero dźwięku - cieniutka niteczka -
pajęczynka niewidzialnego sensu
co drży w półprzeczuciu.

Ale czy w tym jest znaczenie
ciągłego wysiłku odczytać
tajny cień - mętny odblask -
znak przewodni
co naprowadza na zrozumienie
sprzecznych istot
mających się złączyć
w trzecim imieniu
niewysłowionym.




*  *  *

Tylko tobą wypełnię
pustkę mego mieszkania,
włączę światło conocne -
niech zaświeci się księżyc.
Czas nas teraz oszczędzi -
nie będziemy odtąd powszedni.
Bijcie bębny bezdźwięczne -
jesteśmy zbawieni.

Wiatr z północy znakiem niedobrym.
Tu jest ciepło i cicho,
lecz tam,
na gwałtownych ulicach
nasze cienie samotne
poszukują siebie nawzajem
daremnie.




*  *  *

Podwójny ranek mętny niby sen
co jeszcze drży w przejrzystej kuli oka
gdy chłodu szara mgła
już wpełza spod firanek do pokoju
gdzie cisza jest pocięta sekundnikiem
gdzie niby bezlitosny szafot
bieleje łóżko szronem prześcieradła
i ciepło ciał leżących w sztywnym mroku
tak szybko taje




*  *  *

Nocna celesta brzęczy bryłkami lodu.
Przez miasto myszkują psy -
tajni słudzy zimy. Bruku kamienna twarz
ukryta pod sztywną skorupą śniegu.

Z nieba
zwisają promienie stygnących gwiazd,
a bezdomne dzieci Księżyca
szczękają na mrozie zębami.

Zabawniej
oglądać ten spektakl z wnętrza,
patrząc na śnieżne ulice,
gdzie latarnie-dmuchawcy,
jak widma ciepłego lata,
drażnią zimowe zwierzęta.

Nie ufaj
barwnym powłokom i dźwiękom -
posłuchaj: głęboko w przestrzeni nocy
zdziczała samotność wyje ponuro.




*  *  *

           Aleksandrowi Andrijewskiemu

W niedostrzegalnych ruderach
trzeba stwarzać pozory
trzeba patrzeć przez ściany
przysłuchiwać się próżni.
To co płonie w oddali -
to wcale nie ogień.

Trzeba umieć pojmować:
oczy każdego z ludzi
są wyjściem w inne przestrzenie.
Mnóstwo tajnych krawędzi
ukrywa zwodnicza sfera.

Być ostrożnym jak śnieg
być powolnym jak woda
Trzeba nauczyć się widzieć:
drzewa trzepoczą listowiem
pod rytmy pól magnetycznych.

Pamiętaj: w ruderach ducha
tyle powabnych prawd.




*  *  *

W nocy ciemnej, jak woda jeziora,
gdy przez szczelne zasłony
nie trafiają do twego pokoju
ani promienia,
            ani zapachy,
                  ani wspomnienia -
łatwo leżeć w ciemności
                 z otwartymi oczami,
obserwując pozorne rozbłyski,
widmowe wybuchy,
                iluzoryczne tęcze -
to światło innych wszechświatów
odległych w czasoprzestrzeni
przenika do twej świadomości - 
nie spłosz.




SNY


I.

Rzekomy niemy opowiada kawały
Straszy błąznując. Zdziwienie jest wielkie.
Na granice dozwolonego i przyjemnego
kwitną oczy szpiegowstwa.

Rozkoszny bukiet on przyniósł do tego domu.
Gości  w żałobie. W powietrzu poranka
rozpływa się słabość.


II.

Kobieta
jak płomień palnika
konwulsyjnie pulsując w tańcu
gwałtownie zamienia się
w zwęgloną  kartkę
nieprzeczytanego listu.


III.

Przestrzenna niedoskonałość
odczuwa się jako swędzenie,
iluzja męczącego uczucia lotu
w nieistniejących mięśniach
amputowanych skrzydeł.


IV.

Środek wieku -
szare i beznadziejne średniowiecze.
Embriony kłamstwa, poczwarki lęku
roją się w gnoju losów ludzkich.
Amblistomy i aksolotle -
czarne płazy czasu rozpaczy.


V.

Czerwony ryj byka.
Długi bieg po pustych korytarzach.
Minotaur jest co raz bliżej.
Czy warto było się budzić,
żeby znów trafić do tego koszmaru?


VI.

Jak nisko planety są
w południowym niebie...
Jaskrawe baloniki na tle błękitu -
granatowe, zielone, fioletowe sfery
z niewyraźną powłoką chmur,
z cienką siecią kanałów.
W mieście panije panika.
Inwazja jest nieuchronna.


VII.

W zamku-zwierzyńcu leśne potwory
stoją w stajenkach z tektury
ze słomianą podłogą, z niskimi furtkami.
Ich obecność zgrozą tkwi w pustce
wśród ścian niezamieszkałych.

Jeden z nich
jest już na progu.
Na imię mu - Ranny Łoś.




SZTUKA MIMOWOLNYCH DOTKNIĘĆ


*  *  *

Ciemny port zmierzchu,
wieczór smutny niby westchnienie.
Biała ćma - kartka papieru -
wyfrunęła przez okno.

Jasne skrzydełka snu.
Reflektory nocnej taksówki -
długie stożki światła.
Kto tam się czai w ciemności?


*  *  *

Nagie ciało
wepchnięte w szklaną kulę
ścisnęło się jak sprężyna
w oczekiwaniu wojny domowej.

Kobieta wyszła z pokoju
cicho jak cień - tylko zapach
ledwie uchwytny
krąży.


*  *  *

Samolot jasnym krzyżykiem
błysnął i znikł. 

Nad lasem
zmierzch gęstnieje.

Jeż
wyszedł na ścieżkę z traw.

Nagle
huk ciszę poruszył.


*  *  *

Fale kołyszą się ociężale.
Ławica przybrzeżnych meduz
ledwie widnieje w wodzie.
Blaskiem mosiężnym lśni niebo.

Zdechły delfin
na gorących kamieniach
jak statek rozbity.


*  *  *

Upał.
Żółte kamienie
jak postumenty
niezrealizowanych pomników
promieniują beznadziejnością.

Jedyny znak wskazujący -
czarny szkielet zwęglonej żyrafy
na żółtym.


*  *  *

Mistrz melodii
szybko odchodzi.
Oto już i nie słychać
jego pośpiesznych kroków.

Pusta scena.
Samotny fortepian
otworzył usta
w zdumieniu.


*  *  *

Na sznurku do suszenia bielizny
wisi czas.
Jedwabny szmer sekund.
Strużki mydlanej wody
ciekną na brudną podłogę.




ZNIENACKA

Były zasłony ciemno-bordowe
                  i zielone sufity.
Kandelabry sprawnie imitowały
                   czasy dawno minione.
Kawa była jak kawa,
                   a koniak jak koniak -
bez najmniejszego posmaku trucizny.
I olbrzymie koty,
          czarne, jak niebo bez gwiazd,
wcale nie były złowrogie,
                  lecz wstrętnym wrzaskiem
zwracały na siebie
                     uwagę obecnych.
Nic nie czaiło się za regałami,
                                na których
inkunabuły, rarytasy i zwykłe książki.
I nikt nic nie zrozumiał,
                       gdy gdzieś pod sufitem
nagle zadzwonił
                  niewidzialny dzwoneczek.
I tylko Gospodarz
                    pomyślał z uśmiechem:
«Jak szybko ludzie zapominają...»




EKSPRESOWE ZDJĘCIE

Biało-mleczne zasłony ekranów.
Fotograf się krząta  dźwigając statywy.
Więc przygotuj się, jeszcze pięć minut
i - rozbiwszy obiektyw -
z czarnej skrzyni ptaszek wyfrunie.

Oto wchodzi pani z obsługi -
pielęgniarka  ubrana na biało.
Pociesza: jeszcze tylko pięć minut,
i wszystko będzie w porządku.

Wkrótce, wkrótce...
Tym czasem wieczność  się kończy.

Wszędzie twarze na ścianach.
Obojętne.
Patrzą jak sfinksy.
Pewnie, czekali, że zaraz się zacznie -
aż doczekali się końca.

Wszędzie krzesła, fotele i ławki.
Pewnie dla tych, kto wszedł tu na chwilkę,
żeby tylko rzucić spojrzenie, zobaczyć
fotografa w szarym ubraniu,
zasłony,  trójnogi, lampy i foto-ryciny.

Kto tu wszedł, ten pozostał i czeka.

Ekspresowe zdjęcie
ze zdumienien n atwarzy.




FORMY GOŚCINNOŚCI

“Proszę czuć się jak w domu” - mówił On
twarz którego ciągle zmieniała się,
to robiła się płaska jak placek
to wydłużała się w słoni ryj.

“Wejdźcie, nie krępujcie się” - mówiła Ona,
i wydawało się że oczy
ma cały czas odwrócone na bok,
chociaż wcale nie miała żadnych oczu.

“Tak bardzo cieszymy się” - mówili
głosem który, w razie potrzeby,
można byłoby rozlać w butelki
i wykorzystywać do smarowania
mechanizmów zegarowych.

“My chyba pójdziemy” - powiedziała Jenny
i zrobiła się bardzo poważna i blada.
“Chyba daremnie przyszliśmy” –
                            dodał  Stephen
i powoli się zapadł pod ziemię.

“A kim właściwie jesteście?”
“Jesteśmy po prostu przechodni
poprostuprzechodni
poprostu...”




EGZAMIN

Zakłądając istnienie Egzaminatora,
Każdy sam powinien odgadnąć pytania
I dać na nie stosowne odpowiedzi.

Czy dostanie za to ocenę?
Oto jedno z tych pytań...






web design © alias