* * *
Na górze – niebo bez kresu
Na dole – przestreń ziemi nieobjęta,
Wprost przed oczami – moja ręka z kielichem.
Aż dech mi zapiera.
* * *
Wszytko przyjdzie na świat
I odejdzie,
Żeby później powrócić.
Tylko piwo właśnie skończyło się,
I nie przywrócić go już, nie przywrócić…
* * *
Jesień.
Stoję na moście.
W ciemnej wodzie wśród liści
Moje odbicie.
W mordę sam sobe pluję.
Co pozostawię po sobie w Wieczności?
* * *
Samuraje za miastem
Z odwagą w sercach
I z hołoblami w rękach
Bitwę nierówną toczą
Z oddziałem milicji.
Lecz są pokonani bohaterowie
I zamknięci w zimnych katowniach
Izby wytrzeźwień.
… A rano
Do domu, do bab swoich
Wracać – strach ich ogarnia,
Choć rób harakiri.
MOTYLEK
Zdarza się, trochę wypiję
I wydaję mi się, że zamieniam
W motylka o lekkich skrzydełkach,
Lecącego prosto ku światłu
Lotem pełnym natchnienia.
A potem na twardym łózku
Izby wytrzeźwień
Budzę się, pełęn smutku,
I o gównianej swej karmie
Rozmyślam,
stękając w katuszach.
* * *
Na ławeczce siedziałem
dręczony przez kac i brak pieniędzy,
I rozmyślałem o nikczemności bytu,
o braku wszystkiego, co zwie się cudem,
Lecz przechodzący obok milicjant
popatrzył na mnie spojrzeniem surowym,
Westchnął ze zrozumieniem
i wyjął ze swojej kabury
buteleczkę z kieliszkiem.
A mi się zdawało, że nie ma cudów na świecie…
* * *
Letnia noc, cichy pokój nad wsią.
Gdzieś furtka stuknęła, pies szczeka półgłosem.
Subtelny zapach czeremchy w powietrzu,
Dziewki śpiewają w oddali.
Ostrząc topór pilnikiem,
Siedzę na ganku z tomikiem Nietzschego.
W ciszy letniej nocy tak fajnie jest porozmyslać…
WYPADEK
Siedzę na ganku, patrząc dookoła w zadumie.
Wieczór... Psy szczekają i pachnie łajnem.
Sąsiad rąbie drzewo, wyzywając polana od kurew,
Dzieci grające w piłkę klnią nieudolnie…
Sąsiad-traktorzysta z nieokrzesaną czułością
Swoją żonę klepie po cycach.
Tam ciocia Wala, kurze łeb odrąbawszy,
Patrzy ze śmiechem na drgawki ptaszyska…
Jak nagle na niebie jakiś facet się zjawił,
O skrzydłach i w starożytnych sandałach, cały w ogniu,
Śmierdząc piórem spalonym i parafiną,
Leciał nad wsią, wierzgając nogami.
I z krzykiem: - Ludzie, jestem Ikarem odważnym! –
W bagno za wsią się wywrócił.
* * *
Gęsta mgła nad rzeką.
Plusk wioseł roznosi się w ciszy…
Stojąc na brzegu wiersze układam,
Klnę ze złości, gdy rym nie pasuję.
Nagle z krzaków przybrzeżnych
Muza się wzniosła,
Z lirą w ręku,
w greckim ubraniu półprzyzwoitym,
Krążac nade mną, zagrała
cudowną melodię antyczną.
Rozpalila we mnie natchnienie,
rymy dopasowała.
Plasnęła mnie mocno w tył głowy
cyckiem olbrzymim
I odleciała
innych poetów obdarzać natchnieniem.
W MIEŚCIE
Tajemnicza dziewczyna
z trzecim okiem na czole
mnie zatrzymała,
Proponując poznać
duchową głębię
Kama-Sutry.
Młoda para przedstawiła się
jako niepełna swedzka rodzina,
Proponując mi brak uzupełnić,
w Urzędzie Stanu Cywilnego.
Dziwaczny facet
ze szminką na ustach
uśmiechnął się do mne figlarnie
i w tyłek uszczypnął…
Jak wiele jest w świecie fajnego,
interesującego i nieznanego…
Lecz kupiłem sobie walonki i nowe grabie,
Żonie i dziecku – cukierki w precencie,
Ze smutkiem do domu na wieś powracam.
* * *
Pewnego wieczoru
wyrzygać się na dwór wyszedłem,
Nagle widok cudowny ujrzałem:
samotnych wędrowców –
Sto dwadzieścia osiem ich naliczyłem –
w milczeniu brnących w ciemnościach.
W rękach trzymali księgi pradawne,
w których wiedza tajemna,
Prawda życia siermieżna.
Każdy miał trzecie oko, co lśniło w półmroku..
Długo wślad za nimi patrzyłem
w zadumie,
Prawie że zapomniałem,
po co to z domu wyszedłem…
* * *
Zima wypala mi duszę
beznadziejną lodową tęsknotą…
Zanurzyłbym się w butelkę z wódką
I siedziałbym tam aż do wiosny
wynurzając się co jakijś czas
Aby brzydkie słowo wykrzyknąć.
A gdy kwiecień nadejdzie –
znów będę konikiem polnym
skakał po łąkach
Kacem okropnym dręczony.
* * *
W gorącej dyskusji o tajemnicach ezoterycznyh
Wczoraj wiele mi zębów wybito.
Siniec pod trzecim okiem
Jakiś skurwiel mi zrobił.
Patrzę w sufit niewidzącym wzrokiem
I widzi mi się
Czy to znak Iń i Jang,
Czy to czyjaś dupa skrzywiona.
* * *
Czyż Milość istnieje?
– ktoś mi powie z goryczą.
Lecz cicho uśmiechnę się,
i spojrzę na moją żonę –
Oto ona, krząta się, taka chuda,
patrzy wzrokiem szalonym …
A ty mówisz, że nie ma Milości.
* * *
Do tej samej rzeki wejść dwókrotnie nie można.
Ciężko jest wypić dwókrotnie tę samą wódkę.
Mocno stoję na ziemi, trzymając się płotu,
Dogłębnie wstrząśnięty modrąścią swej myśli.
* * *
Tyle zyciowej mądrąści
W opowiadaniach Starego kamikadze…
* * *
Nagle zauważyłem, że trzymam w ręku
Kawałek gówna…
Skąd mam go? Dokąd niosę?
Czyżby ktokolwiek potrafił powiedzieć!
* * *
Po co są słowa,
Gdy jabłoń ubrała się w kwiaty,
Gdy słońce lśni na krawędziach szklanki,
Gdy burza uczuć wiosennych
Serce z piersi wyrywa,
Lecz rana jest wyleczona balsamem lub winem.
Po co są słowa –
Z nich już i zdania skliecić nie można.
* * *
Przechodziłem pod oknem sąsiada
I zobaczyłem, jak stoi przed lustrem,
Założywszy biustonosz, spódnicę,
Usta maluje na gębie nieogolonej.
Zdziwiłem się bardzo, lecz pomyślałem,
Że, pewnie, sąsiad mój jest filozofem.
Prawo jedności przeciwieństw
Chce poznać w praktyce.
„Coś podobnego – znów się zdziwiłem –
Przecież z wyglądu jest prostym facetem...”
* * *
Nocna śnieżyca zasypała drogi.
Nikt mnie dzisiaj już nie odwiedzi,
W dwójkę z kotem spędzam ten wieczór
Przy stole za skromną kolacją.
Rybną konserwę po bratersku dzielimy,
Opowiem kotowi o całym swym życiu.
Kot będzie kiwał ze zrozumieniem,
A gdy trochę zmyślę – ramionami wzruszy.
* * *
Nad głową – niebo czyste, bezbrzeżne,
Na dół popatzeć – ziema wymieszana ze świństwem,
Między nimi na słupie – elektryk.
Spojrzy w niebo marzycielsko,
Butelkę wódeczki wyciągnie, łyknie,
Na ziemię popatrzy w zadumie,
Głową pokiwa, machnie ręką
I znów zapatrzy się w niebo.
A w drutach, porzuconych przez elektryka
Śpiewają swe pieśnie
chłodne wiatry jesienne.
* * *
Jak przystało na romantyka,
Idealny obraz kobiety w sercu stworzyłem.
Niech czas zmienia ludzi i losy,
Obraz moich marzeń pozostanie ze mną na zawsze!
Budzi mnie teraz co ranku i grozi rozwodem,
Jeśli choć raz jeszcze do domu
pijany się zjawię.
* * *
Na zapotniałem szkle kwiat narysuję,
Obok - motylka, delikatnego, pełnego wdzięku,
Potem pomyślę i słowo „gówno” obok napiszę,
Od razu w duszy wszystko się zrównoważy...
* * *
Tam, gdzie kończy się niebo,
I zaczyna się diabeł wie co,
Śpię pośrodku brudnej kałuży.
Krowy mnie podejżliwie ominą,
Traktorzysta przeklnie i ostrożnie objedzie.
Uśmiecham się we śnie –
Śnię, że wreszcie się obudziłem
Tam, gdzie kończy się diabeł wie co,
i zaczyna się niebo.
|